autorka ilustracji: Chania Jurkowska

Od redaktorki

Idea stworzenia poniższego zbioru poezji zrodziła się z kilku powodów. Jedną z inspiracji były przewijające się w mediach społecznościowych memy dotyczące kalejdoskopu jakim są aplikacje do notatek (przede wszystkim młodych dziewczyn) — gdzie obok cukru, papieru toaletowego, brokułów i sosu sojowego odnaleźć można refleksje z kategorii Ostatni raz pozwoliłam ci się zranić

To zestawienie, w dyskursie memicznym raczej prześmiewcze, jest dla mnie jednak niezwykle trafnym odzwierciedleniem liryki życia — łączącej w sobie codzienne zadania z przemyśleniami oraz twórczością godną nagród (bo czyż nie najprawdziwszą, prosto z nas samych, w afekcie i często o afekcie?). 

Ale kto by tam to czytał

Zbiór ten powstał przede wszystkim z chęci dowartościowania twórczości lirycznej powstającej na marginesach codziennego życia, jak gdyby przy okazji, tworzonej i zapominanej mimochodem, jako twórczości wartej zauważenia, docenienia i refleksji.

Co ważne, mogącej dać poczucie wspólnotowości w życiowych doświadczeniach. 

Chodziło mi więc nie o stworzenie zbioru profesjonalnej poezji, za którą schować mogą się najsłynniejsze nazwiska. Przeciwnie, celem projektu jest oddanie przestrzeni temu, co przecież do niczego się nie nadaje, co tak po prostu… samo wyszło. 

Poniższe teksty są odbiciem ludzkich wrażliwości i mogą być postrzegane jako gra z tym, co uważa się za poezję, a czego już nie. Chodzi więc o ludzkie doświadczenie — doświadczenie siebie, innych, świata. A doświadczenie nie zawsze układa się w rymy czy trzynastozgłoskowce; czasami myśl ginie, urywa się, zdaje się nie mieć sensu już po kilku minutach od przelania na… wystukania w ekran. 

Z racji bycia cały czas pod ręką, w zasadzie 24/7, aplikacje do tworzenia notatek w telefonie wydały mi się idealnym miejscem szukania tych najbardziej spontanicznych, autentycznych form twórczości literackiej — wynikających z czegoś poza rozumowaniem, planowaniem, a wciąż głęboko refleksyjnych i emocjonalnych. 

Spojrzenie na telefon jako miejsce zapisu liryki życia jest dla mnie również odpowiedzią na niepokoje związane z kryzysem piśmiennictwa, mającego rzekomo dokonywać się w związku z rozwojem technologii i ucyfrowieniem życia. Poezja, którą udało mi się zgromadzić, jest przykładem tego, jak człowiek z ery cyfrowej wykorzystuje technologię do artystycznej ekspresji. To także odpowiedź na głosy rozpaczy nad ludźmi z nosami w telefonach w metrze – warto zauważyć, że nie zawsze są to nosy zatopione w brainrotowych filmikach na TikToku. 

Towarzyszy mi pewien optymizm, co do niezwykłości człowieka jako istoty twórczej, intensywnie rzeczywistość odczuwającej. Ta niezwykłość zawarta została w zebranych tu utworach. 

W tym miejscu pragnę również zamieścić słowa podziękowania. W pierwszej kolejności dla autorów poniższych utworów – jestem wdzięczna za waszą wrażliwość i chęć dzielenia się nią z czytelnikami. Dziękuję również mojemu wspaniałemu zespołowi redakcyjnemu za wszystkie spotkania w sali nr. 9, które były inspiracją, wsparciem, a także po prostu dobrą zabawą.

W przypadku wszystkich zebranych utworów zachowana została pisownia oryginalna. 

autorka: Julia Lelonkiewicz

wiersze krótkie:

Lola Lisicka

Bez tytułu

 

labilny

labilny labirynt znaczeń

 

Lola Lisicka

Lola

 

jest niesamowita

chodzi do supermarketu kiedy trzeba

nie daje sobą pomiatać

 

 

 

U

Love

 

(they made it all up)

For the poets to write about

 

 

autorstwo anonimowe

Bez tytułu

 

Tęsknota za niedostępnym życiem 

(bogatym, białym, bez uprzedzeń) 

Wspólnota

 

 

Lola Lisicka

Bez tytułu

 

patrzę na patyczaka, tylko jednego, tego konkretnego

 

 

OK

Bez tytułu

 

i znowu odpowiedź

a czy musimy wszystko planować?

 

 

 

Marta

Florystyka

 

Ta cholerna plastelina

Szpilkami się człowiek narobi jak gruba świnia 

Trytytki moja ulubiona rzecz- łączy na zawsze 

Mordeczki nie przekrzycze

Proszę zauważyć że pomarańczowe są pomarańczowe

 

autorstwo anonimowe

Bez tytułu

 

Odżywka proteinowa 

Odżywka humektantowa 

Odżywka emolientowa 

Co mycie zmieniasz 

Zamykasz emolientem

 

autorstwo anonimowe

*

 

11.

czasami świat się 

zapada i łamie pod

swoim ciężarem

13. 

niewygodna myśl 

o końcu i początku

jak się jej pozbyć?

 

 

Ada

(nie)dokładność

 

Na zdjęciu brązowe,

Na codzień – niebieskie.

Ogólnie jest jednak zielenią.

Dwie kartki temu pomarańczowy,

Ostatnio zakwitł czerwienią

 

 

 

autorstwo anonimowe

Bez tytułu

 

Chciałbym wydrapać sobie oczy

Położyć się na ziemi i zaczekać

Aż przykryje mnie mech 

I zamienię się w kamień 

Może wtedy będę coś wart

 

 

autorstwo anonimowe

Bez tytułu

 

W zapięcie podklejamy 

Całe przody 

Rękawy dół tyle co podwinięcie 

Tył i boczek na dole tyle co podwinięcie 

Bezec 

Kołnierz ze skosa 

Tył góra podkrój pachy i ramiona

 

 

U

Bez tytułu

 

Przeterminowane słowa 

Spijam z cienia twoich ust 

W mojej głowie wciąż

Z naszych dłoni ścieram kurz 

I nic już nigdy 

Nic nie będzie 

Tylko jedno z nas

Wciąż zaczyna seans 

I nie przyzna się otwarcie 

że w głowie wciąż ten teatr

 

 

 

Błażej W

Bez tytułu

 

Czasem potańczę w dresie 

Czasem najebię się a

Czasem zajaram zioło w lesie

I tak mnie życie niesie

Poza radarem

Poza koszmarem

Relacji bliskich

Wciąż ta sama poza

Niewysoki ani niski

 

 

 

Maria z pedagogiki i socjologii

Bez tytułu

 

Polska to kraj spraw, Boże

Spraw żeby było o co umierać

Odzywaj się w sprawie

Do sprawy przykładaj wagę państwową

Boże, spraw

Żeby sprawy nie sprawiały trudności

W jakiej sprawie umierać

 

 

Julia O.

Bez tytułu

 

Książki sępy padlina

Zeschnieta galaz

Pustynia

Jaskinia

Ciemnosc

Dżungla zwierzeta

Jeziorko ze swiatlem

kot na drzewie z malunkami

Kot biały puszysty

Trzęsienie, ziemia się zapada

Szaro niebieskie hipopotamy

 

 

wiersze średniej długości:

Andrei Klubnikin

Bez tytułu

 

Tyle świateł.

Sennych reflektorów.

Neonów, które cicho trzaskają

jak zimne iskry na krawędzi nocy.

Okien, co nieśmiało wyglądają

zza gałęzi drzew.

 

Tyle światła.

Za dużo, żeby zasnąć spokojnie,

za mało, by oszukać się,

że ciemność niczego nie ukrywa —

że nic z niej nie wychodzi

na palcach.

Ile światła

wystarczyłoby, żebym znów odnalazł

Ciebie?

Żeby wreszcie odzyskać

nas —

z powrotem.

 

 

U

Bez tytułu

 

Skoro wszyscy tak mówicie 

To dlaczego ja

Mam nagle wiedzieć jak?

Skoro świat stracony, marnie 

Widzą wszyscy 

Mówią wszyscy 

Koniec nadszedł 

Nie powstanie nowy świat

I już bez zabawy 

Marność szybciej przyszła 

Niż zapowiadaliście nam 

Odpływamy w nicość 

Nie martwcie się 

Od razu, tak jak wam

I nam nie starcza szans

 

 

 

Julia O.

Bez tytułu

 

Żyje, a umieram

Ciche westchnienia 

Wszystko się kręci

Jestem Syzyfem

Stojącym na dolinie

Na dolinie padliny

Padliny własnych ciał

Swoich bezsensownych prób

Przestałem myśleć co będzie

dalej

Nie czekam na nic, ale też mnie

tu nie ma 

Patrzę tylko na ciała,

chaotycznie porozrzucane 

I nie poznaję siebie, 

Patrząc na każde z nich 

Ja jestem głazem 

 

 

autorstwo anonimowe

Bez tytułu

 

Jam jest pan Bóg twój…

1. Zachować wystarczający (i jeszcze trochę) dystans od ludzi.

2. Karać się za niepotrzebne jedzenie.

3. Planować dzień, aby uniknąć paniki.

4. Codziennie być coraz lepszym od innych.

5. Dawać z siebie 200% (100% jest cechą ludzi przeciętnych i nudnych).

6. Na nagrody mogę jedynie ZAROBIĆ, a nie zasłużyć.

7. Decyzję podejmować z wyprzedzeniem i zgodnie z moją filozofią życia.

8. Grać samowystarczalnego i być samowystarczalnym.

9. Grać silnego i być silnym.

10. Płakać tylko w odosobnieniu.

 

 

kruks

High school summertime

 

I am lying down on the floor

cause if I got up I could fall

there’s no one I know I could call

and no one that’d knock at my door



No hobby that wouldn’t just bore

I’m like an animated doll

just numbly staring at the wall

consciousness’s just another chore



I know I want more and more

but then; do I want at all?

my heart and mind feel so sore



The clothes I yesterday wore

thoughts I unwittingly stole

us two’re rotten to the core

 

 

autorstwo anonimowe

Default mode network

 

Przychodzi do mnie i krzyczy

Jestem jej posłusznym (mam nadzieję) niewolnikiem

Wypełniam jej rozkazy, prośby

Czasem odzywa się we mnie bunt

A gdy go nie stłumie na czas

Ona robi to za mnie

Rozkazuje mi

Wbić w ciało paznokcie

It hurts

Na ulicy czuję obecność

Agresji, która budzi się w ludziach

Kiedy na mnie patrzą

Boję się podnieść wzrok

Spojrzeć im w twarz

A oni to czują

O wszystkim, zdaje się, wiedzą

I wbijają jak nóż

swój pogardliwy wzrok we mnie

It hurts

Wspominam przeszłość

I napełnia mnie wstręt, obrzydzenie

Dlaczego, pytam się, tak się zdarzyło?

Cisza

Po chwili dostaję odpowiedź

Natrętna, agresywna

Ona mnie poniża

Ta myśl

It hurts

 

 

wiersze dłuższe:

Witkacy

Do A.Ż.

Kiedy moje ciało podda się w trwodze

Procesów gnilnych, ku przestrodze

Zgonu i żywota tajemnicy – serce moje

Nadal smakować będzie żarliwym uczuciem k’ Tobje!

Kiedy moja pierś martwota pochłonie

w żyznej glebie – moja głowa utonie

Wśród kwiatów i zniczy – moja dusza

Nadal nawoływać będzie kusząc

Twe gorejące serce k’mnje!

 

Bo choćbym żywota dokonał,

Choćbym zamknion w trumiennej dębinie spoczywał,

Miałbym k’Tobje najdroższy –

zwrócone oczy.

A gdybym na Twym licu łzę dojżał –

Przebłagałbym bóstwa, raj zaprzedał,

Aby wrócić w Twe objęcia najdroższe!Cenniejsze dla mnie niźli zbawienie,

Abo Tyś się stał na ziemskim padole

moim największym utęsknieniem.

Na nic mi piękności boskiego obrazu,

na nic mi chóry anielskie!

Wszystkoż to marne i dalekie –

jeślibym nie mógł trwać przy Tobie

I padać to Twych stóp

jak grzeszny pielgrzym przed ołtarzem.

Przeto – gdy czas mój najwyższy nadejdzie,

A śmierć w welonie czarnym mnie za ramię weźmie –

Choćby nie wiem jak chciała oderwać mnie od Ciebie –

Wżdy nie pojmie, nie utrzyma

Jeno odeśle mnie nazad k’Tobje

bom Ci na wieczność obiecał me serce.

 

 

Witkacy

Do Panny Miłej z Ostrej Bramy 

Gdybym-ć, o Najmiłościwszy Astrze

w barokowém wieku ujźrzał oblicze Twe

— snadź bych w okamgnieniu

upadł Krzyżem!

Bych żebrakiem i pokutnikiem,

włosiennicą odziany,

omamion wdzięków Twej świętobliwości!

Azaliż tedy, o Relikwijo nad Relikwije!

tknąć-bych się nie ważył

ciała Twego, ni szaty,

ni nawet trzewika Twego!

Jenoż w sercu mém wyrył-bych obraz

prześwietny, w którym jam

zadurzon

i omamion ku wieczności!

Wżdy, gdybych oczy swe własne

wydłubał i precz odrzucił –

przecieć bym w mrokach onych

widził Twój majestát!

Jako NAJŚWIĘTSZĄ Pamiątkę

świata widomego!

A na Twój uśmiech padłbych

jak rycerz pod mieczem losu nieubłaganego!

O Miłościwa,

o Gwiazdo nad Gwiazdami

daj-że mi znak!

azaliż z Twych ust, różanych nad róże

zabrzmi:

«Bych cię, chłopie, troszeczkę lubić raczyła…»”

 

 

 

Klaudia Woźniak

Niegasnący płomień 

Miałam osiem lat, gdy nas najechali, 

miałam osiem lat gdy świat mi zabrali. 

Lecz wciąż pamiętam imię każdej żony, 

co tamten dzień zamknął w cień żałoby 

Pamiętam każde dziecko bez ścian i bez snu, 

każdy dom, co rozsypał się w pył i w dymu szum. 

Pamiętam twarz każdego, kto niszczył bez wstydu 

to, co nie było jego – bez winy, bez śladu powodu. 

Wciąż pamiętam twarz chłopca, co nie zdążył dorosnąć, 

i oczy matki, co nocą bały siẹ zasnąć. 

Ja pamiętam – gdy inni uczyli się ciszy, 

i boję się, że zapomnienie mnie nigdy nie usłyszy. 

Nie zapomnę, jak palili kościoły i domy, 

choć mówili o Bogu językiem znajomym. 

Nie zapomnę, jak rozdzielali rodziny w krzyk, 

by po chwili wrócić do swoich jak gdyby nigdy nic. 

Nie zapomnę, jak śmiali się z cudzej rozpaczy, 

bo śmierć nigdy nie zapomina i wszystko zaznaczy. 

A na dowód mej pamięci, na dowód mej krwi, 

na dowód tego, co mi odebrali w te dni, 

zapalę świece 

Dla Żywych i martwych, dla winnych i czystych, 

dla bogatych i biednych, dla dumnych i niepewnych. 

Niech wskaże drogę do prawdziwego domu, 

tam, gdzie nie trzeba już okazywać strach nikomu. 

A ja wciąż boję się przyznać bez stowa, 

że moja droga dawno przestała być zdrowa. 

Nie wiem, która ścieżką mam jeszcze iść, 

bo mojego domu… już nie ma gdzie śnić.

 

 

 

 

 

 

  

 

Witkacy

Potyczka z diabłem

-Pójdę prosto,

Gdzie mnie tylko myśli poniosą!

Spytam lodu, czemu zimny

Oraz ognia – Czemu gorący jak diabli…

Przepraszam za słowa,

Ale to wszystko mnie z radości rozpiera!

Wszystko chcę opisać,

Wszystko wielbić i chwalić,

Chwytać choć odrobinę mego żywota,

By potem wszystko ukochanej pokazać,

Tak jak i to widzą moje oka!

– Nie,

Nigdzie nie pójdziesz kreaturo wierszowana

Usadzę cię w Dantego kręgach,

Będziesz słuchał własnych skomleń,

Płomieni gorejących i ciszy.

 

Z wieloma myślami,

Bez długopisu i kartki,

Bez kompana do rozmowy,

Z umysłem ciągle zaćmionym.

Należysz do mnie,

I własnoręcznie cię sobie ułożę

Będziesz mi służył,

A twój czas będzie się tylko dłużył…

A ot co?

Co się dzieje?

Któż śmie zakłócać mój niepokój?

 

– Ja śmię.

Przyszłam po tego człowieka,

Swe serce mi oddał oraz duszę i ciało,

Jest dla mnie bezcenny i do mnie zależy.

Choćby wojen sto było,

Choćby wszystek trosk się na mnie zawaliło – On jest mój.

Cóż to za wymysł szalony,

Zamykać ludzi słabych,

Oko w oko z Diabłem samym?

Ten wir myśli skryty w głębi,

Jak rekiny, jak trąd, cgoroba co goni.

Dla mnie ten chłop żyje

I ja też jestem panią jego śmierci,

Jestem jego żoną,

Jestem matką jego dzieci.

Czasem się on gubi w swojej poezji,

Ale zawsze wraca pełen miłości.

Dlatego i ja bronię go teraz sama

Kobieta kochająca i kochana,

Przyszłam zabrać go w me objęcia

Bo dosyć się nacierpiał – Dosyć cierpienia zaznałam i ja.

Należy się nam wolność!

Należy się uczucie spokojne,

Które będzie trwało póki i my trwamy!

Należy się nam szczęścia chwila!

Mały ułamek… Choć odrobina!

Więcej nam nie potrzeba,

Może trochę czasu,

Skromny domek koło lasu,

Dwójka wspaniałych dzieci,

Wesoły promyk szczęścia nadziei

i więcej nie potrzeba,

Tylko puść go wolno.

Zbyt wiele się nacierpiał,

 

Zbyt wiele cierpiałam i ja.

 

 

Alisa Hrynman

Bez tytułu

 

patrz, no patrz

życie idzie

od urodzenia do śmierci

 

drzewo żyje w parku

wśród innych drzew

nic nie mówi, nie patrzy,

a tylko czuje.

mama mówiła tak:

jeśli odłamać gałązkę

to miejsce drzewa

będzie bolało.

 

patrz, no patrz

toczy się życie

od urodzenia do śmierci.

 

kotek patrzy przez okno.

dla niego moje mieszkanie

to cały świat.

wyobrażam sobie,

że jest kosmonautą,

bo lubi zbiegać na klatkę.

pytam go: dlaczego?

milczy. wydaje się,

że szuka gwiazd.

 

patrz, no patrz

życie trwa nadal

od urodzenia do śmierci.

 

urodziłam się człowiekiem.

mówiono:

jesteśmy inni od wszystkich

żyjących w świecie.

jesteśmy wyjątkiem,

bo mamy umysł.

jesteśmy podobni do Boga,

możemy tworzyć i myśleć.

 

ale ja nie rozumiem.

nie widzę różnicy pomiędzy

nami a drzewem.

jeśli odłamać nam

coś ważnego

będzie bolało.

jesteśmy jak koty:

patrzymy przez okna

własnych oczy

i ciągle zdziwieni,

że takim dużym jest świat.

 

a co umysł?

pozwala myśleć i tworzyć,

a więc nic nie widzimy.

zapomniano,

że Bóg tylko patrzy,

przez tysiące lat,

na nasze krótkie,

niekończące się życie.

 

no i proszę cię, zobacz

wszędzie jest

nieustanne życie.

wszędzie płynie

z prędkością światła

od urodzenia do śmierci.

 

 

Klaudia Woźniak

Przysięga 

Zanim padł pierwszy dzwon to czas wstrzymał tchnienie, 

bo on stanął przed nią w milczeniu, gotów na przeznaczenie. 

Gdy noc zawisła nisko, jak pieczęć nad istnieniem, 

on skłonił głowę ku ciemności gotów stać się cieniem. 

Nie było w tym przysięgi wypowiedzianej głośno, 

lecz wiara, co dojrzewa, gdy serce płonie prosto. 

Czuł więź starszą niż imię, głębszą, niż pamięć ciała, 

jakby go sama ziemia do siebie przywołała. 

Nie była to deklaracja rzucona na wiatr dla słowa, 

lecz wiara w jej oblicze, jak w ołtarz, jak w sens od nowa. 

Wypowiedział jej imię jak formułę bez końca, 

nie z prośby – lecz z potrzeby gorąca. 

Czuł przynależność głębszą niż krew, niż imię, niż ciało, 

jakby już jego istnienie do niej na zawsze należało. 

Oddał to, czego nie widać, w imię poranka i świtu, 

wierząc, że ciężar tej ceny jest bramą do wspólnego bytu. 

Nie było słów, by mogły opisać co się stało, 

bo sens zapadł głębiej niż myśl i w sercu się zapisało. 

To nie był błąd w jego oczach, lecz akt czystej wiary, 

posłuszeństwo kochance, co miała w spojrzeniu sztandary. 

Miłość tak wielka, że nie znała już granicy, 

jak ból rozdzierający duszę samotnicy 

Gdy świt podniósł powieki, a kwiaty zakwitną, 

on natychmiast wstanie i ruszy, 

niosąc historię wybitną . 

Co stało się potem – milczenie to chowa, 

lecz ślub trwa poza czasem, bo raz oddany – nie odwoła.

 

 

 

 

 

 

 

Klaudia Woźniak

Mój akt stworzenia 

Przebudowa świata zaczyna się miękko, 

jak korekta zdania, jak zmiana tonu, 

morza prostują grzbiety pod ręką, 

a czas przestaje sie garbic od zgonu. 

Zbudować królestwo to nie wznieść mur, 

lecz nauczyć chaos trzymać formę. 

Nadać cierpieniu znaczenie i cel, 

ubrać przypadek w prawo i normę. 

Miasta uczą się chodzić równo, 

ulice liczą oddechy tłumu, 

strach staje się rzeczą wspólną, 

w zapomnianych już kapliczkach z marmuru 

Myśl ma kształt, który wolno jej przyjąć, 

pamięć wybiera się według wzoru, 

życie uczy się trzymać w ryzach porządek, 

By przykrył jej cień nieokiełznanego sporu 

Świat oddycha spokojniej niż dawniej, 

ból ma granice, a cisza sens, 

każdy wie, gdzie dokładnie ma stanąć, 

i czego nie wolno już nigdy chcieć. 

Bo twórca, choć milczy, pamięta chaos, 

jak ciało pamięta pierwszy ból, 

wiatr niesie wspomnienia wśród drzew i kamieni, 

i splata je z jękami zapomnianych ról 

A w ostatniej chwili, wszechświat tonąc w dźwiękach 

ukazuje prawde w swej brutalnej mocy: 

nic nie trwa, wszystko pęka w rękach, 

i pamięć staje się popiołem w nocy.

 

 

 

 

 autorstwo anonimowe

Piwo z sokiem

 

Piwo z sokiem sprawa prosta

Martwa będzie twoja siostra

Paryż Moskwa no i Wiedeń 

Ryczy po nim każdy jeleń 

 

Do świetlicy po zajęciach

Biegnę szybko pale żwawo

By już spocząć w twych objęciach

Malinowych radych mrawo

 

Każdy lubi mało powie

bezsok w głowie leży w rowie

Piwo z soczkiem mą latarnią 

dobrą dopaminą karmią

 

Lecz pan barman mnie nie lubi

kto się lubi ten się czubi

Paszport zaraz mu wygarnę

na trzeźwiałce spocznę karnie

 

My już dekadenty

Smutne oczka twarde pięty

I wlewamy do szklaneczki

Słodkie łzy tej buteleczki 

 

 

 

 

 

 

 

Klaudia Woźniak

Definicja sztuki

 

Definicja sztuki – pytanie jak rana, 

co piecze po ciszy, gdy hukiem wystrzelana. 

Czy sztuka to dłonie, co lepią z kamienia, 

czy raczej to echo po tym, co się zmienia? 

Po wojnie palce zapomniały kształt, 

pędzel drży w dłoni, długopis gubi sens i takt. 

Nie brakło farb, nie brakło słów, 

lecz zniknął porządek dawnych snów. 

Bo wojna nie była dziełem artysty, 

choć plan miał precyzję, był chłodny, czysty. 

Nie z potrzeby zachwytu wykuła swój kształt, 

lecz z pragnienia dominacji, atakuje na gwałt 

A jednak wymyślona przez człowieka, 

jak wiersz, jak rzeźba, jak modlitwa daleka 

co tworzy narzędzie, by zmieniać świat, 

choć zmiana ta często prowadzi na strat. 

Dawniej sztuka miała kierunek i drogę, 

antyk uczył miary, średniowiecze trwogę. 

Forma była kotwicą, sens był ramą, 

a twórca tańczył z nią jak z damą. 

Dziś forma się kruszy, rozpływa jak dym, 

wszystko jest sztuką a może niczym? 

Jak mogliśmy pozwolić, by zgasła umiejętność, 

co była językiem wspólnot i pamięcią? 

Bo artysta w kraju to nie tylko cień, 

lecz sumienie epoki i znak na jej dzień, 

to głos, co ostrzega, gdy tłum chce krwi, 

i lustro, w którym naród widzi, kim jest i kim mógłby być. 

Czym jest więc świat bez obrazu i pieśni?

Bez znaku, co przypomina nam o pamięci 

A może wojna uczy nas prawdy gorzkiej: 

że wyobraźnia, gdy nie zna ostrożnej 

granicy sumienia, potrafi być nożem, 

co tnie dla idei gorącym ostrzem 

Czy wolno nam ranić gdy kierujemy się sztuką? 

Gdy krew jest performansem, a ból nauką? 

Gdy krzyk jest instalacją, a śmierć symbolem, 

czy sens jeszcze żyje, czy już jest popiołem? 

Bo wojna też tworzy nową rzeczywistość, 

nowe mapy, nowe prawa, nową przyszłość. 

Inspiruje do czynów wzniosłych i złych, 

jak ogień, co grzeje i pali do cna w mig. 

Kierujemy się ideą, rzeźbimy zasady, 

lecz gdy idea przestaje rozpoznawać ślady 

człowieka w człowieku, twarz w masce ginie, 

a sztuka zamienia się w pustą machinę. 

Gdzie więc jest granica? Gdzie linia ostatnia, 

za którą już nic się nie uwydatnia 

Wieża Babel rosła z ambicji i mowy, 

aż język się rozpadł, a świat stał się nowy. 

Sztuka kończy się tam, gdzie zaczyna się wojna, 

gdy piękno milknie, a siła jest zbrojna. 

A jednak paradoks, co boli jak blizna 

w ruinach po wojnie rodzi się utworu podobizna 

Bo sztuka to nie tylko forma i gest, 

lecz odpowiedzialność za to, kim się jest. 

Nie wszystko, co tworzy, zasługuje na miano, 

jeśli w imię kreacji człowieka złamano.

 

 

Andrei Klubnikin

New Year

 

I was outside the bar with a drink in my hand,

Spicy and tart like the memories of my youth

And all the lovers I'd never had

 

Never will.

 

The fireworks exploded, filling the air with smoke

 

And a yearning for peace.

Fireworks are gullible dreamers.

 

Just like us.

 

As my head started spinning, an impulse of self-acceptance

 

Came over me. Blessed be the barman!

I closed my eyes, looking inwards

 

Inquiringly.

 

What I saw was a past that had almost faded

And a future not yet written.

 

An empty shell washed ashore

Quite useless, but beautiful.

I could hear my mom saying,

 

"If you hold a seashell to your ear, you'll hear the ocean!"

 

How old was I back then?

A starry-eyed angel.

 

And I wondered, half-astonished at my freak-control self giving in,

 

Whether it could suffice

To not try too hard

For a change.

 

To remain a dying whisper of the mighty force you once had been

 

Or dreamed of being. To lie on the ocean floor

And contemplate schools of whales

 

Sliding by.

 

I shuddered, but not at the thought of embracing the defeat,

But at the sheer fact that I felt so elevated and carefree

 

Just standing there, smiling

With a drink in my hand,

 

Watching the fireworks pierce the winter sky

Like a splash of paint on a blank canvas.

A declaration of peace

That suddenly came.

 

A.P.

Three Empty Bottles of Heineken

 

Three empty bottles of Heineken 

Under the stage after the concert 

Was it he or she or was it a group of friends, 

or three musketeers? 

D’Artagnan, after all, got into trouble again and did not come. 

 

The young ones are dancing, 

they’re so happy with 

their bodies 

Like you’ve never been. 

 

Three graceful women,

like models in a painting 

by Raphael. 

full of garbage and not 

their own words. 

They are in dresses made 

of other people’s 

opinions. 

How they wish they 

could spit it all out! 

 

Three empty bottles of Heineken 

Under the stage after the concert 

Was it he or she or was it 

a group of friends,

or three sisters? 

None of them want to 

live in Moscow anymore

Other lands call them. 

West or East? 

North or South? 

You choose. 

 

I’m standing in the 

middle of the concert hall alone. 

My mind is an empty 

bottle 

Under the stage after the concert 

 

Gotta get in line 

to get the coats out of

the cloakroom 

 

This queue like the snake 

Uroboros curled up in a ring 

Someone is at the start 

you are in the middle 

Someone is already giving the token 

with a number

 

Alisa Hrynman

Bez tytułu

 

Сонечны горад – мой дом.

дзе на кожным будынку

чырвоныя зоркі мігцяць 

прыгажосць шэрых вуліц

зразумець немагчыма – 

толькі адчуць.

 

забыць колькасць шляхоў

ад прыпынку да дому

у сонечным горадзе.

жадаю забыць іх усе,

стаць кімсьці, хто ніколі,

ніколі не жыў.

 

боль больш не натхняе,

не цягне наперад.

каб добра жыць на балоце

трэба умець заміраць.

 

 

 

 

Alisa Hrynman

Bez tytułu

 

мой нежный гений, 

среди окурков и пустых бутылок,

беззвучным телом на полу

рычит, кусает суть существования .

 

сверкающая ярость,

безликая болезнь самости души.

жизнь – мимолётное страдание,

неразделённое с другим.

 

стихающая буря,

в страмленьи к разрушенью,

на тихой глади штиля

грустит, печалится, тоскует.

 

обещанный талант,

в мученья стонах умирает.

пустой сосуд гонимый всеми 

никак не может бросить жить.

 

мой безоружный на все раны,

дерётся, руками разрывает,

срывает голос воплем,

границы нормы разбивает

——————-

и обезумев, я пытаюсь

стать для тебя броней,

что твёрже чугуна и камня,

что легче птичьего пера.

 

защитой стать позволь,

ведь мне не утонуть,

и в самой страшной буре

я вижу твой потенциал

 

ты Айвазовского пейзаж,

и Мунка „Крик” тебе идёт,

позволь же мне оберегать

и стать стеклом музейным

 

я вертром быть могу,

что нежной колыбелью

несёт тебя вперёд 

оберегая от падений

 

и пусть я также безоружна,

безумие – моё орудие защиты,

что твёрже чугуна и камня,

что легче птичьего пера

 

 

 

Alisa Hrynman

Bez tytułu (tłumaczenie z języka białoruskiego)

 

Słoneczne miasto jest moim domem.

Gdzie na każdym budynku

migoczą czerwone gwiazdy,

piękno szarych ulic

jest niemożliwe do zrozumienia – 

można je tylko poczuć.

 

zapomnieć liczbę dróg

od przystanku do domu

w słonecznym mieście.

Chcę je wszystkie zapomnieć,

stać się kimś, kto nigdy,

nigdy nie żył.

 

Ból już nie inspiruje,

nie popycha mnie do przodu.

Aby dobrze żyć na bagnach,

trzeba umieć zamarzać.

 

 

Alisa Hrynman

Bez tytułu (tłumaczenie z języka rosyjskiego)

 

mój wrażliwy geniuszu, 

wśród niedopałków i pustych butelek,

bezgłośnym ciałem na podłodze

warczy, gryzie istotę istnienia .

 

błyskająca wściekłość,

bezkształtna choroba duszy.

życie – ulotne cierpienie,

niespodzielone z innym.

 

Uciszająca się burza,

w dążeniu do zniszczenia,

na cichej tafli flauty

smutkuje, zasmuca się, tęskni.

 

Obiecany talent,

w jękach męki umiera.

Puste naczynie gonione przez wszystkich 

nie może rzucić życia.

 

Mój bezbronny wobec wszystkich ran,

walczy, rozrywa rękami,

wyrywa głos krzykiem,

przekracza granice normy.

——————-

I oszalała, ja próbuję

stać się dla ciebie zbroją,

twardszą niż żeliwo i kamień,

lżejszą niż ptasie pióro.

 

pozwól mi stać się ochroną,

bo ja nie utonę,

i w najstraszliwszej burzy

widzę twój potencjał

 

jesteś pejzażem Aiwazowskiego,

i pasuje ci „Krzyk” Munka,

pozwól mi więc chronić cię

i stać się muzealnym szkłem

 

mogę być wiatrem,

który niczym delikatna kołyska

niesie cię do przodu 

chroniąc przed upadkami

 

i niech jestem również bezbronna,

szaleństwo jest moją bronią ochronną,

twardszą niż żeliwo i kamień,

 

lżejszą niż ptasie pióro

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *