grafika autorstwa: Oliwia Hals @hals.create

Niczym aksamitna kurtyna, opadłem na deski Poznańskiej Opery. Leżę tu, w blasku reflektorów, które zwykle świecą dla mej żony. Jedyne moje światło, które nie zna zmierzchu. Porzucone pudło wiolonczeli rezonuje jeszcze półnutą niesioną z ziemi ku wyżynom nieba. Nareszcie! Publiczność zamarła, ta cisza jest gęstsza niż brawa dla uwertury do Wilhelma Tella. Brawo! Bravissimo! Amen.

Liturgia według świętego Łazarza, wiolonczelisty z boskiego powołania, kończy się dysonansem, którego nawet najdoskonalszy kompozytor wszechświata by nie udźwignął. Tam, gdzie kręgosłup traci swą szlachetną nazwę i przechodzi w bezimienną dolinę pośladków, tkwi błękitny intruz. Strusie pióro, farbowane na ultralazurowy odcień nieba. Choć moje powieki zastygły w ołowianym śnie, widzę ten wykrzyknik wbity w moją godność. Przy każdym podmuchu z otwartych kulis drży bezczelnie i łaskocze mnie w martwy naskórek.

Nad horyzontem mojego ciała, wyrasta biały, jedwabny obłok. Ma donna, ma prima, ma Melisanda. Słyszę cichy szelest jej sukni, ten sam, który zawsze zwiastował ciepły dotyk dłoni na moim karku. Nie pada na kolana, nie brudzi bieli o deski sceny. Stoi nade mną, a jej wzrok – ten sam, który kiedyś z uwielbieniem śledził za dnia ruchy mojego smyczka, a nocą bioder – teraz ze zdziwieniem łypie na pióro. Widzę, jak perłowy naszyjnik napina się na jej gardle, gdy wstrzymuje oddech. To nie jest twarz wdowy. To twarz sędziego.

– Mój Boże… – szepcze z wyraźnym wahaniem. – Co za… brak smaku.

Te cztery słowa uderzają we mnie mocniej niż ostatnie bicie serca. Nie błękitne kuriozum, lecz jej pogarda przyprawia mnie o metafizyczne dreszcze. Gdybym wciąż posiadał puls, krew ze wszystkich członków pewnie uciekłaby mi w głąb klatki piersiowej. Męska dumo, puchu marny, wieczna istoto.

Cień Melisandy przecina kolejna postać, ciężka i kanciasta. Elektra. Jej płaszcz przesiąknięty zapachem tanich papierosów gryzie się z elegancją tego miejsca. Staje nade mną, a jej twarz zastyga w grymasie, jakby właśnie wzięła do ust kęs niedogotowanego ziemniaka. Pochyla się nade mną, jej nozdrza rozszerzają się nie od zapachu śmierci, lecz od kwietnej woni perfum mojej żony. Elektra nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy Melisanda zrobiła krok w jej stronę, niemal depcząc moją bezwładną dłoń.

– Pani detektyw, jestem winna! – zawołała Melisanda, a jej głos, zamiast drżeć od szlochu, wzbił się w górę z lekkością radosnego presto. – Winna miłości, która dusiła się w mroku i kuluarowych szeptach! Winna! – Chwyciła dłonie Elektry, te żółte od papierosów palce i przycisnęła je do swojej piersi, dokładnie tam gdzie materiał sukni napinał się od głębi niespokojnych wdechów.

Tę duszną bliskość rozdziera nagły łoskot – drzwi do kulis skowyczą na zawiasach, waląc o tynk w metrum furii. Apoloniusz wpada na scenę jak primabalerina w kulminacyjnym akcie tragedii. Jego złote lakierki stukają nierównym rytmem o deski, na których leżę, a fioletowe poły fraka łopoczą za nim niczym skrzydła rannego orła.

– ORFEEEEEUSZU! MÓJ ORFEEUSZU! – ten krzyk, wysoki i piskliwy płacz kontratenora, wibruje w pustej operze, aż żyrandole wtórują mu łkaniem.

Słodki Apollo pada na kolana tuż przy mojej głowie. Podmuch powietrza niesie ze sobą zapach pudru i potu. Jego wyćwiczony nadgarstek drży hipnotycznie, gdy chwyta się za lewą pierś, jakby chciał wyrwać sobie serce i rzucić je pod nogi Melisandy. Zamiast tego wyciąga z butonierki mokrą od łez koronkową chusteczkę i rzuca Elektrze spojrzenie pełne scenicznego jadu.

– OCH! MOJE SERCE ROZPADA SIĘ NA TYSIĄC NUT JAK ROZSTROJONA LUTNIA! TYRANO, FURIO, FURIOZO! WIDZĘ KREW NA TWOICH DŁONIACH, MELISANDO, KREW NASZEJ MIŁOŚCI, KREW NASZEJ MUZYKI! TY, KTÓRA WINNAŚ BYĆ ARTYSTKĄ, STAŁAŚ SIĘ RZEŹNICZKĄ! ACH, BOGOWIE! SPRAWIEDLIWOŚCI!

– Vibrato wariata – mruczy Melisanda, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. Odwraca się do nas plecami i robi krok w stronę Elektry. Widzę jak prosi ją do tańca, a ta zaproszenie przyjmuje. Wyglądają jakby wrosły w swoje ramiona. Tytoniowy płaszcz Elektry faluje, chłonąc biel jedwabiu okalającego ciało Melisandy. Zaczynają wirować. Początkowy to był walc, ale po chwili zmienił się w mechanizm odliczający sekundy do końca świata. Głowa Melisandy opada do tyłu, odsłaniając naciągnięte struny szyi, a Elektra trzyma ją za talię tak mocno, że palce pani detektyw zostawiają sine ślady na mlecznym jedwabiu – pięć brudnych nut na białej pięciolinii.

Kołują nade mną jak dwa sępy nad padliną, która jeszcze nie wystygła. Z każdym ich obrotem błękitne piórko w moich podlędźwiach drga w rytm kroków, jakby dyrygowało tym obłędem. Widzę ich usta rozchylone w niemym krzyku, z których wydobywa się tylko piskliwy lament Apolla. Nie wiem gdzie patrzą, ale słyszę gruchot zderzających się czaszek, usta zlewają się im we wspólny czarny otwór. Stały się jednym, dwugłowym monstrum o zapachu piwonii i zwietrzałego wina. Ta hybryda skamle i obraca się powoli, pożre mnie?

Mój piękny Apollo, bóg o szklanych nerwach, rzuca się na moje zwłoki. Jego delikatne dłonie oplatają moją klatkę piersiową. Czuję, jak jego palce szukają punktu oparcia w moim stygnącym ciele. Chce mnie chronić, a może łudzi się, że w tym uścisku i my staniemy się jednością. Symfonią na dwa ciała, z których jedno już nie stroi.

Podnosi mnie, sapiąc mi w nos wonną miętową pastylką i strachem. Głupcze! Nie szarp tak mną. Jeśli już musisz mnie dźwigać, to zrób to z gracją. Ustaw mnie prawym profilem w stronę najlepszego światła. Niech publiczność widzi tragizm, a nie ten bezwładny worek kości, w który mnie zamieniasz.

Jego kolana drżą pod moim ciężarem, złote lakierki ślizgają się po deskach, a on napina mięśnie, chcąc wynieść mnie ponad ten obłęd. Stabat Mater dolorosa, tylko Maria ma fioletowy frak i zapuchnięte oczy kontratenora. Apollo przyciska moją skroń do swojej piersi, słyszę galopujące tętno pod materiałem jego kamizelki – to jedyny rytm, jaki mi pozostał.

Naszą intymną Pietę, przerywa dźwięk najbardziej wulgarny z możliwych – mlaskanie. Ciche, rytmiczne memłanie ciasta, które niesie się po pustej widowni skuteczniej niż najwyższe tony Apolla. Na scenie między nami a Elektro-Melisandą pojawia się doktor Faust. W jednej dłoni trzyma skórzaną teczkę, w drugiej – wpół zjedzonego rogala marcińskiego. Widzę z wysokości ramion Apolla, jak biały lukier zastyga na dłoni lekarza, tworząc cukrową rękawiczkę. Językiem wygrzebuje spomiędzy zębów resztkę orzechowego nadzienia, a potem rzuca w stronę Apolla:

– Puść go, synku. I tak już nie trzyma tonacji.

Podchodzi bliżej. Czuję na twarzy ciepły, słodki wyziew jego oddechu, w którym nuty migdałów walczą z fetorem przetrawionego spirytusu. Faust pochyla się nad moją głową, a okruchy z nieprzełkniętego rogala sypią się gęstym deszczem na moje policzki. Jeden z nich, jeszcze lepki od maku, ląduje prosto w moim otwartym oku, ale lekarz tylko mruży powieki, jakby oceniał stopień wypieczenia skórki, a nie stan moich tętnic.

– Zawał – oznajmia z satysfakcją, po czym bierze ogromny kęs, wygląda jak chomik. – Serce mu pękło z przejedzenia… ambicją.

Wyciąga z kieszeni fraka piersiówkę. Odkręca ją kliknięciem spomiędzy zębów i pociąga długi łyk, a kropla bursztynowego płynu ścieka mu po brodzie. Ociera usta wierzchem dłoni, tą samą, na której wciąż lśnią resztki lukru, i uśmiecha się do nas wszystkich – do tańczącej bestii, do zapłakanego kochanka i do mnie.

– Toi, toi, toi! – cicho beka.

Nagle rozbrzmiewa nad nami dźwięk, którego nie było w partyturze. Niskie, gardłowe mruczenie nieba, które w ułamku sekundy przechodzi w ryk rozdzieranej blachy. Zdaje się, że to orkiestra bogów, która właśnie postanowiła zrównać naszą scenę z ziemią.

– RATATATATATA! – szczekają karabiny gdzieś nad dachem, a zaraz po nich przychodzi uderzenie, które unieważnia prawa fizyki. Światło reflektorów gaśnie, sufit pęka, żyrandol leci na nas kryształowymi łzami. Ściany składają się, monstrum Elektro-Melisandy przykrywa kurtyna, wszyscy znikamy pod lawiną tynku. A potem stała się ciemność. I tylko błękitne piórko wiruje nad gruzami Poznańskiej Opery. Wolne, lśniące, bez grzechu. Do dupy z taką premierą.

 

osoba autorska: Daria Magdalena Marzec

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *