Gdybym mógł wybrać każdą
Literę w alfabecie
Rozszerzyć znaczenia
Nabrzmieć
Rozpuchnąć
Wyłuszczyć
Naoliwić, by
Błyszczała złudną
Pewnością siebie
Ale myślenie o tym
Zdaje się nieodpowiednie
Chyba dopiero odkrywam
To co niewidoczne
Ale
Wyraźne
Cierpkie
Uczucie na końcu języka
Wieczna irytacja
Mrożenie
Błędnych
Myśli
I chociaż ostatecznie przecież
Wszystko to wiem
Wstrzymuję
Swój
Oddech
Blokuje swoje ciało
Przed potrzebą
Bycia
Kim
Jestem
ciężkie opadanie powiek pokrytych purpurowym brokatem, którego przecież nie powinno tam być, długie rzęsy, rozpaczliwy uśmiech i łzy zbierające się w śliniankach. tylko to po sobie zostawiłxm, jakby jutro miało nie nadejść, jakby plany na przyszłość nie powinny być już stworzone. może to nie ja jestem stwórcą i to nie ja powinnxm nix być. ale gdzieś w głębi trzewi, gdzieś w drzwiach prowadzących z woreczka żółciowego do żołądka, gdzie kryje się prawdziwx ja, pragnę tej przyszłości, ze mną, czy beze mnie
zmęczony tym, że
muszę żyć
każdym dniem
myślą
snem
muszę być
silny.
kurczowo się trzymam
myśli,
że nie jestem
aż tak
inny.
kiedy teraz zasypiam, w cieple, wtulony w osobę, którą kocham, z mojej głowy wciąż nie chce uciec myśl, że zniszczyłem życie. sobie, bliskim i tym co odeszli. zbyt długim czekaniem, przeciąganiem tego, co musiało nastąpić. trwaniem w delirium tak dalekim od rzeczywistości, w którym za pewnik brałem, że od następnej soboty, jutro nie nastąpi, że problemy dorosłych nigdy mnie nie dotkną. teraz te problemy pożarły moje mięśnie, zaplątały w swe trzewia moją każdą myśl. za bardzo weszło mi w krew podejmowanie decyzji wbrew sobie.
żal i wyczerpanie wyrastają
wraz z cebulką włosa
skręcone
pokryte łuską
ciasno opinają skalp
gdzieś po drodze plącząc się z
bolesną potrzebą otworzenia oczu
ale przepalony nerw wzrokowy
obumiera w twym blasku
ukryty
pokryty kurzem
ściśnięty stresem
zawłaszczony przez puste spojrzenia
pragnące tylko zobaczyć w końcu światło
odczuwam to jako
bycie (-nie bycie, egzystowanie)
zaprzeczenie współistnieniu
odwrócenie ról
niczym ozdoba
najtańsza (-tiul porwany, zmięty)
towarzysząca jedynie
czemuś lepszemu
komuś kto potrafi
lepiej (-dużo szybciej, zgrabniej)
chociaż może role
z góry były
ustalone
a ostatecznie
nawet z tym nie daję sobie rady
tusz wypala mi powieki
wnika w źrenice i osiada na siatkówce
na następnym badaniu wzroku
będę widział świat już tylko
w czerni i bieli
nadal się uśmiecham
nie z pogardą, choć to ona mogłaby
mnie uratować od piekącego
uczucia zranionego wstydu
za to co zrobię
nie krzywdzę innych, chyba
próbuję w to wierzyć, przetaczam tę
wiarę przez nabrzmiałe lękiem żyły
i może krzywdzę, ale już dawno
przestało mnie to obchodzić
(chyba)
wszystko się zmienia. rośnie dojrzewa ewaluuje. i choćbym nie wiem jak pragnął stałości, ja też ciągle się zmieniam. może i nie rozkwitam, nie krzepnę, ale też nie więdnę. zmieniam kolory, nabieram barw, oblewam się słońcem. zastygłe mięśnie, twarde, nabrzmiałe, puszczają z cichym westchnieniem, pozwalając zrobić krok do przodu. któregoś dnia pewnie się cofnę, ale na razie ten jeden krok pozwala mi zobaczyć na horyzoncie coś więcej niż tylko rozległą pustkę.
osoba autorska: Nikodem Szymura-Klimovich