grafika autorstwa: Justyna Sopuch @justynas.art

Parę miesięcy temu stałam w kolejce do pewnego podhalańskiego wyciągu narciarskiego i wtem poczułam podejrzanie znajomy zapach – nuty tonki, chyba paczuli, chyba bergamotki, nie wiem, nie znam się na perfumach. Zresztą kto do cholery używa perfum na nartach? Zaczęłam się rozglądać za osobą delikwencką, która mogła wydzielać taką woń, ale przez tłum kasków i kurtek nie byłam w stanie nawet dobrze się rozejrzeć. Warszawiacy czaili się dookoła, ale byłam w stanie dostrzec jedynie ich zapach. Ktoś tu jest performatywny, ale nie wiadomo kto – czy to perfumatywność?

Niestety to przyjemne słówko zostało wymyślone już wcześniej – perfumance rzucił kiedyś Jacques Derrida [Derrida, Jacques. „Ulysses Gramophone: Hear Say Yes in Joyce.” W Acts of Literature, red. Derek Attridge. Nowy Jork i Londyn: Routledge, 1992.], czytając Joyce’a w kontekście pozornie nieznaczących, odklejonych drobiazgów składających się na ogólny performans lektury. Określenie to podłapał Jon McKenzie w Perform or Else [McKenzie, Jon. Perform or Else, Routledge, 2002], gdzie perfumans to swego rodzaju mgła cytatów, skojarzeń i nawiązań do wszystkich performansów, które były i będą. Perfumans unosi się dookoła paradygmatów performansu, które są głównym tematem pracy, biorącej jednak performatywność w oryginalnym znaczeniu tego słowa, a nie funkcjonującej obecnie kalki z angielskiego oznaczającej robienie rzeczy na pokaz, lansowanie się etc. A ja chcę o tym. 

A więc dla mnie perfumatywność to performans bez osoby performującej! Gdyż nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, kto pachnie danymi perfumami; na pewno nie z taką pewnością, jak można określić, kto ma na ramieniu totkę z Trader Joes, kto puszcza Geese na imprezie, kto w rozmowie subtelnie nawiązuje do Derridy czy memów Hermana Wakefielda. Perfumy czujemy nagle; ich woń unosi się w powietrzu, krąży dookoła, wypełnia pomieszczenie, powoli ulegając zmieszaniu z perfumami innych, tworząc zupełnie nową kompozycję zapachową. Ale jeszcze możemy delektować się zapachem, nawet go zidentyfikować, przypisać pewien zestaw cech do hipotetycznej osoby, która takich perfum mogłaby używać, i dopiero później rozejrzeć się i zgadnąć, kto z osób w tłumie mógłby tak fantastycznie pachnieć. Jeśli nie zobaczymy na własne oczy, jak ktoś wyciąga perfumy z totki i psika się nimi na naszych oczach, nie mamy materialnej pewności, że to zapach właśnie tej osoby.

I tutaj pojawia się kolejna kwestia, czyli instytucja „perfum własnych”. Kiedyś byłam zdania, że wchodząc w dorosłość w wieku 18 lat każdy powinien mieć przypisaną własną oryginalną unikatową kompozycję perfum; dzięki temu nie zdarzałyby się sytuacje typu, że idę po ulicy i nagle czuję zapach perfum ex i moje trzewia się skręcają a chodnik rozstępuje się pode mną. Derrida również musial napotkać ten problem, skoro w Ulysses Gramophone rozważał, czy perfumami możnaby się podpisywać, skoro są tak ulotne, a jednak sugerujące czyjąś konkretną (nie)obecność. Zapach jest, niestety, najsilniejszym zmysłem, jeśli chodzi o przywoływanie wspomnień i emocji przez bezpośrednie połączenie receptorów węchu z częścią mózgu, która literalnie nazywa się węchomózgowie.

Niestety jest to absolutnie niemożliwe ze względów logistycznych oraz innych. Działka tzw. „perfum niszowych” oferuje niszowość, która zachowuje pozory oryginalności, lecz niezupełnej… Kupując „perfumy niszowe” osoba nabywająca w gratisie gwarancję, że znajdzie się ± pięciuset warszawiaków, którzy je rozpoznają, mijając ją w tłumie, i z lekkim uśmiechem aprobaty przyznają, że jest tu ktoś, kto (również) ma wyśmienity gust. Można się poczuć docenionym i skomplementowanym, zakładając, że takie reakcje zostały wywołane, niekoniecznie dostając materialne, bezpośrednie potwierdzenie takiej tezy. Jeszcze lepiej, gdy takie perfumy zahaczają o terytorium smrodu – wówczas zwykli, szarzy użytkownicy dezodorantów zapachowych odsuną się ze zniesmaczoną miną, dając nam więcej przestrzeni na emanowanie zapachem By The Fireplace Margieli oraz energią osoby, która zna się na zapachach. Czy Bourdieu wyczułby w woni wędzonki subtelne nuty różowego pieprzu i kwiatu pomarańczy?

W ogóle znajomość perfum jest szczególnym przywilejem i umiejętnością. Ich niematerialność i ulotność sprawiają, że nie da się ich opisać słowami ani obrazkami ani niczym. Według Freuda [Freud, Sigmund. Kultura jako źródło cierpień, przeł. J. Prokopiuk, Aletheia, 2013] wzrok zastąpił węch jako dominantę zmysłową mniej więcej wtedy, gdy ewoluowaliśmy z homo habilis do homo erectus, a potem był coraz bardziej wypierany kulturowo i spychany do nieświadomości. O zapachach się nie mówiło, więc nie mamy skąd wziąć słów, by adekwatnie je opisać. Schematy zapachowe i opinie na Fragrantice bezskutecznie próbują wizualnie przybliżyć esencję niewizualnego, co jest od początku niemiarodajne i skazane na niepowodzenie. Perfumy, które teoretycznie składają się z tych samych kompozycji, w praktyce rzadko kiedy pachną identycznie. Żeby skutecznie pisać i rozmawiać o perfumach, należy uprzednio znać ich zapach, czyli: perfumy sprowadzić z drogerii krajowej bądź zagranicznej (opcja domyślna) bądź powąchać na wycieczce do artystycznej perfumerii w dzielnicy Warszawy z nazwą zaczynającą się na Stary/Stara. A reszta może w ramach rozrywki wygenerować sobie w mózgu symulakrum perfum na bazie ich schematu z Fragrantiki. Ale zabawa!

Przynajmniej metoda aproksymizacji niewysławialnych perfum schematami fragratinkowskimi przydaje się do opisywania innych niewysławialnych rzeczy typu wspomnienia, uczucia czy tożsamość. W swawolących po pintereście i instagramie memach typu me as a perfume można zaobserwować perfumatywne kombinacje kreujące dusze anonimowych osób autorskich: popularny antydepresant w top notes, Księżyc w middle notes, yearning w base notes. Nie widać osoby, która stworzyła ten obrazek, ale można jej przypisać pewien zestaw cech, pewną prezencję, przynależność do pewnej demografii, która też rozpoznaje tę kompozycję, bo sama kiedyś jej doświadczyła.

W każdym razie perfumatywność jest zjawiskiem na tyle silnym, że dotyka nawet samą osobę performującą, gdy dwie minuty po popsikaniu się perfumami zapomina o tym, że w ogóle to zrobiła. Taki stan rzeczy trwa do momentu, aż ktoś nie skomplementuje jej zapachu, poprawnie odgadując, że to ona jest performerem na tym dancingu, co zawsze jest bardzo przyjemnym zaskoczeniem, gdy nie odczuwa się swoich perfum od paru dobrych godzin. Jest to znak, że mamy kaligraficznie perfekcyjnie dobrany signature zapach niczym autograf, albo że pora otworzyć okno i trochę przewietrzyć.


osoba autorska: Pola Gracja Życka


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *